Dawne Gwiazdy GieKSy: Maksymilian Lebek

14.05.2020 17:58

Autor: Michał Kajzerek

Wraz z kolegami napisał wspaniałą część historii katowickiego hokeja. Maksymilian Lebek to kolejna postać z Galerii Sław GKS-u Katowice, którą udało nam się namówić na rozmowę.

Panie Maksymilianie, jak się zaczęła ta wspaniała hokejowa przygoda? 

Mój ojciec pracował na kopalni “Kleofas”. Zaraz obok kopalni postawili tzw. fińskie domki, w których mieszkaliśmy całą rodziną od 1948 roku, miałem wtedy pięć lat. Wszyscy moi koledzy uprawiali jakiś sport. Pamiętam, że przykręcaliśmy blaszki do butów i udawaliśmy, że gramy w hokej. W okolicach były wielkie stawy, więc gdy tylko zamarzły, to zaczynaliśmy zabawę. Pilnował nas jeden starszy kolega, żeby nic nam się nie stało. Potem udało się już załatwić prawdziwe łyżwy hokejowe. Jeździłem po tafli od rana do wieczora, a jak tata miał drugą zmianę, to na pieszo szedłem Szosą Kochłowicką na Torkat. Uwielbiałam przyglądać się hokeistom, którzy akurat mieli swój trening. 

To moment, w którym pojawiły się pierwsze hokejowe marzenia? 

Tak, zawsze mi wtedy mówili “bajtel, cofnij się, bo dostaniesz z krążka w pysk” (śmiech). Im więcej historii słyszałem, tym bardziej się zaczynałem interesować. Zawsze starałem się stać blisko bandy, by jak najwięcej zobaczyć i jak najwięcej usłyszeć. Wielu moich kolegów rodzice nie chcieli puścić, więc zazwyczaj stałem tam sam. Zanim zacząłem grać, podpatrywałem m.in. Henryka Regułę i Huberta Sitko. Ten pierwszy uczył mnie prawidłowego strzału z różnych pozycji. Ojciec przygotował dla mnie specjalną ścianę obok domu. Wyłożył blachę i cały czas w nią strzelałem. Nie mogłem rozczarować swojego nauczyciela, musiałem się nauczyć dobrze wyprowadzać strzał. W końcu zaczęto mnie nazywać “młodszym Regułą”. 

Wygląda na to, że ojciec mocno wspierał pański rozwój? 

Tak, miałem zrobioną nawet specjalną siłownie z kamieni. Ważyły może 10-20 kilogramów. Zrobił mi też specjalny drążek do podciągania. Pierwszą rzeczą, którą robiłem z samego rana był przegląd, czy wszystko jest na swoim miejscu. Nikt nie mógł mnie powstrzymać przed treningiem. Jedną z moich największych fanek była moja babcia, która cały czas mi kibicowała. Zawsze, gdy wychodziłem z domu na mecz lub trening, to powtarzała: “synek, tylko mi nie rób wstydu” (śmiech). Po powrocie musiałem zdawać raport, czy na mnie gwizdali, czy nie. Przypominałem wszystkim ojca, bo podobnie jak on, gdy za coś się wziąłem, to musiałem to doprowadzić do końca. 

Pierwszy trening z drużyną był tylko kwestią czasu…

Tak długo chodziłem na Torkat, że w końcu trenerzy zaproponowali, żebym dołączył do zespołu. Pytali mnie skąd jestem, więc mówiłem, że z Załęskiej Hałdy, z domków robotniczych kopalni “Kleofas”. Szybko mnie do siebie przyjęli. Jeden mi dał ochraniacze na kolana, a ktoś inny podarował dziurawe rękawice, jakoś to było. Trenerzy otworzyli wtedy grupę dla 11-latków, którzy zaczęli trenować pod ich okiem. Pierwotnie to był rzecz jasna Górnik Katowice, dopiero potem zostaliśmy GKS-em. Jednak kiedy skończyłem 19 lat, musiałem odbyć służbę wojskową i odezwała się Legia Warszawa. Wcześniej poznałem trenera z Bydgoszczy i zadzwoniłem do niego, że dostałem wezwanie do Warszawy. 

Propozycja przenosin do stolicy nie za bardzo się panu podobała?

Nie, bo zawsze jak oglądaliśmy ich mecze w Katowicach, to były ogromne "haje". Zadzwoniłem więc do trenera z Bydgoszczy i mówię mu, że ja z Legią mam tyle wspólnego, co z zeszłorocznym śniegiem. Powiedział wtedy: dobra, Makel (bo tak mnie nazywał), ja to załatwię. Poszedł do pułkownika milicji w Bydgoszczy, bo to był milicyjny klub, i w ministerstwie załatwił moje przeniesienie. Grając w 1. lidze w Bydgoszczy dostałem się do reprezentacji Polski 20-latków. W Warszawie to nawet nie chcieli o mnie słyszeć, gdy pojawiło się moje nazwisko na liście powołanych. W Bydgoszczy czułem się za to bardzo dobrze, ale to nie był dom. Gdy kończyłem swoją służbę wojskową, zaraz odezwały się do mnie Katowice, pytając, gdzie chce grać. Głupie pytanie, bo rzeczą jasną był dla mnie powrót na Śląsk. W któryś z piątków wychodziłem z koszar w Bydgoszczy i akurat wtedy przyjechała pierwsza drużyna Górnika Katowice. Wracając zabrali mnie ze sobą. 

W Katowicach stworzyliście naprawdę mocną drużynę.

Wielu moich kolegów zostało w Bydgoszczy, bo im się tam podobało i dostali wsparcie. Pamiętam, że zadzwoniłem wtedy do ojca, przedstawiając mu moje opcje. Powiedział tylko, żebym nawet nie brał pod uwagę dalszej gry w Bydgoszczy. Katowice to Katowice, chciałem wracać. Każde zwycięstwo Górnika i GKS-u dawało mi furę radości. To było dla mnie najważniejsze, zawsze chciałem pokazać się z jak najlepszej strony, reprezentując swój klub. Poza tym, skoro już ludzie przychodzili na nasze mecze, to chciałem im pokazać dobrą grę. W obronie grałem z Henkiem Regułą, Hubertem Sitko, a na ataku był Sylwester Wilczek. Do dzisiaj wspominamy, jak nam się wspólnie walczyło. 


Od lewej Andrzej Fonfara, Janusz Świerc, Kazimierz Małysiak i Maksymilian Lebek.

A Torkat pękał w szwach… 

Tak, oczywiście, że tak. Na jeden z meczów przeciwko zagranicznemu rywalowi przyszło 20 tys. kibiców. To było coś niesłychanego. Już gdy tramwaj wypuszczał kibiców na ul. Warszawskiej, to zaczynała się kolejka do wejścia. Wokół lodowiska były słupy, a na nich drabinki, na które wspinali się młodzi chłopcy, bo nie było już miejsca na trybunach. Atmosfera spotkania zawsze była bardzo przyjemna. My nigdy na Torkacie nie mieliśmy się źle. Z moimi kolegami z tamtych czasów spotykam się do dzisiaj, ale pamiętam także Kazimierza Małysiaka, Stanisława Gawliczka czy Karola Fonfarę. Mieliśmy naprawdę mocną drużynę i nie było w niej tajemnic. Zawsze o wszystkim szczerze rozmawialiśmy. Jeśli pod bramką stał lepiej ustawiony kolega, miałeś obowiązek mu podać krążek. Traktowaliśmy się jak rodzina, dlatego też osiągnęliśmy takie wyniki. Po meczach siadaliśmy i długo analizowaliśmy. Młodsi słuchali starszych, a cała drużyna słuchała trenera, nie było dyskusji. 

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego? 

Oczywiście i właśnie tego w obecnym sporcie brakuje. Drużyny nie potrafią wyrobić takiej atmosfery, jaką my wówczas mieliśmy. Zjeździłem trochę Polski i wiele widziałem, ale rzadko spotykałem się, by drużyna była ze sobą tak zżyta, jak nasz GKS. Teraz z uśmiechem na twarzy wspominam tamte czasy, gdy jeden drugiego próbował zepchnąć na bandę. Nikt nie miał do nikogo pretensji, to było prawdziwe braterstwo, na czym korzystał Górnik, a potem GKS. Wszyscy wiedzieli, po co przyszli na te dwie-trzy godziny treningu, nikomu nie trzeba było nic tłumaczyć. 

Utrata Torkatu na skutek pożaru mocno Was zabolała? 

Powiedzieć panu prawdę? Płakałem jak małe dziecko, nie chciałem w to uwierzyć. To był prawdziwy szok, bo my traktowaliśmy Torkat jak nasz dom. Władze miasta mówiły, że odbudowa się nie opłaca, bo przecież już tyle milionów ten obiekt pochłonął. Zaczęliśmy jeździć m.in. na Janów, do Bytomia - wszędzie, gdzie były dostępne lodowiska. Byliśmy mile widziani, bo w drużynie grało wielu reprezentantów kraju. Nawet na treningach mieliśmy kibiców. Mimo to wspomnienia z Torkatu nadal są bardzo żywe. Pamiętam, jak Kanadyjczycy przyjechali nas uczyć. To był wielki zaszczyt stanąć obok nich. 

Osiągał pan także sukcesy z reprezentacją Polski…

Jak już człowiek się załapał do gry w reprezentacji kraju, to robił wszystko, absolutnie wszystko, żeby jak najdłużej w niej pozostać. Wówczas powoływał mnie trener Zdzisław Masełko, który pracował także w Bydgoszczy. Trzeba było cały czas walczyć o miejsce w składzie, a było naprawdę trudno, bo pierwszeństwo mieli starsi. Potem reprezentację przejęła Warszawa, co wcale mi zadania nie ułatwiło. Wszyscy mi mówili, że jestem bardzo fajnym hokeistą, ale to są jednak mistrzostwa świata, a tam potrzeba przede wszystkim doświadczenia. 

Brak zaufania do pańskich umiejętności?

Nie, to na pewno nie, wiem, że mi ufali. Zawsze jak ktoś złapał uraz i potrzebny był gracz, to pierwszy telefon był wykonywany do mnie. Dużo było reprezentantów z Legii, ale ściągali ludzi do wojska z różnych części kraju i to było ich przewagą. Muszę przyznać, że naprawdę zależało mi na grze w reprezentacji i mocno mnie do niej ciągnęło. Jednak znacznie ważniejsza była dla mnie gra dla GKS-u i to zawsze był mój priorytet. Nie mogę jednak powiedzieć złego słowa o reprezentacji. Poznałem dzięki niej wiele osób, m.in. w trakcie wycieczki na Mistrzostwa Europy do Finlandii. Każda jedna podróż z kadrą była dla nas bardzo ciekawa. Odwiedzaliśmy nieznane nam wcześniej kraje, więc były to wyjątkowe chwile. Wszystko nas ciekawiło, cieszyliśmy się jak dzieci. 

Doskonale pan wiedział, co pan będzie robił po zakończeniu kariery? 

Zostałem trenerem pierwszej drużyny GKS-u, którą prowadziłem cztery lata. Prowadziłem także reprezentację Polski do lat 20. Miałem 73 lata, gdy skończyłem trenować. Zacząłem się interesować hokejem w wieku 10 lat, więc przez ponad 60 lat byłem związany z GKS-em, nie licząc tego, co musiałem odsłużyć w wojsku. Dla mnie katowicki hokej pod szyldami Górnika i GKS-u był wszystkim, zawsze miałem tę drużynę w sercu. Marzyłem o grze dla Katowic od dziecka i udało mi się te marzenie spełnić. Niektórzy zmieniali kluby jak rękawiczki, ale ja byłem związany z tą ziemią i bardzo mi zależało na reprezentowaniu tej drużyny. Ojciec powtarzał, że mam się nie przejmować tym, co mówią inni, musiałem wytrzymać presję, by cały czas rywalizować na najwyższym poziomie. 

I dla tego klubu wychowywał pan kolejnych wielkich graczy.

Tak, to prawda. Udało mi się wyszkolić kilku naprawdę interesujących zawodników, m.in. Janusza Strzempka. Cieszyłem się, że jest tak duże zainteresowanie hokejem w Katowicach, codziennie ktoś się do mnie odzywał. Jacka Płachtę prowadziłem od 7. roku życia. Uczyłem go ubierać buty i jeździć na lodzie. Niedawno oglądałem niemiecką telewizję i akurat leciał mecz drużyny prowadzonej przez Płachtę. Mniej więcej osiemnastu zawodników wychowanych przeze mnie grało dobry hokej na profesjonalnym poziomie. Z niektórymi się często spotykam. Z perspektywy czasu cieszę się, że mogłem im pomóc. 


Maksymilian Lebek (po prawej) z młodszym bratem Henrykiem (po lewej)

Przez krótką chwilę pracował pan także w Niemczech? 

To nie było nic wielkiego. Gdy do Niemiec wyjechały moje wnuki, to zatrzymałem się u nich na półtora roku. Pomagałem w drugoligowej drużynie, gdzie grali zawodnicy, których znałem wcześniej. Pamiętam, że był tam jeden chłopak z Nowego Targu. 

Co pan robi z wszystkimi medalami, które udało się zdobyć w trakcie kariery? 

Niektóre przekazałem dalej, a niektóre zostawiłem, bo rośnie mi wnuk hokeista, więc chce mu pokazać, że ma się na kim wzorować. Już mu się udało dostać do młodzieżowej reprezentacji Niemiec, o ile się nie mylę jest to kadra do lat 17. Ma 198 centymetrów wzrostu i muszę przyznać, że dobrze sobie na lodzie radzi. Jak przyjeżdża,to pyta mnie o te wszystkie memorabilia z czasów gry w hokeja. Chcę je zachować, a następnie przekazać właśnie moim wnukom. 

Śledząc ukochaną dyscyplinę na pewno widzi pan różnicę między hokejem pana czasów, a hokejem XXI wieku? 

Różnica polega przede wszystkim na wychowaniu młodych graczy. Za naszych czasów najpierw myślałeś o rodzinie, a jak już wiedziałeś, że wszystko jest w porządku, to skupiałeś sto procent uwagi na hokeju. Chciałeś za wszelką cenę sprawić radość matce i ojcu i chciałeś, by twoi koledzy z tafli mogli na Tobie polegać w każdej sytuacji. Takie było nastawienie każdego z nas. W drużynach panowała zdecydowanie większa dyscyplina. Rodzicie nie mieli prawa wtrącać się do pracy trenera. Nie mieli nic do powiedzenia odnośnie tego, co się dzieje w boksie, na bandzie i na lodzie. Za wszystko odpowiedzialni byli kierownik drużyny, kierownik techniczny i sztab. Im więcej wylaliśmy potu starając się coś osiągnąć, tym łatwiej nam się grało w meczach o stawkę. Hokej nigdy nie był lekkim sportem i poradzili sobie tylko ci, którzy byli naprawdę twardzi. 

Rodzice mieli wyłącznie motywować? 

Mój ojciec zawsze powtarzał: “rób Maks tak, żeby nikt nie mógł powiedzieć na ciebie złego słowa”. Zawsze słyszeliśmy od trenera, że po zajęciach możemy dalej ćwiczyć, chociażby w domu. Ja pracowałem ponad normę, często nie widząc świata poza hokejem. Mówiąc szczerze, odczuwałem dużo satysfakcji z ciężkiej pracy. Pamiętam, że w sklepach nie było jeszcze profesjonalnego sprzętu, ale zawsze jakoś z ojcem poradziliśmy i metodą chałupniczą przygotowywaliśmy narzędzia treningowe.

A GieKSa cały czas w sercu, bo losy naszej drużyny śledzi pan na bieżąco.

Tak, staram się być na każdym meczu. Przy okazji spotykam kolegów, z którymi kiedyś rywalizowałem. To bardzo przyjemne, gdy mogę przyjść do “Satelity” i spędzić czas ze znajomymi na rozmowach o hokeju. Przy okazji obserwuję grę, staram się wyciągać własne wnioski, zwłaszcza obserwując zachowania w obronie, bo sam czułem się tam najpewniej. Gdy widzę kontratak rywala to zastanawiam się, dlaczego ten gracz przesuwa się w tę stronę, skoro powinien jechać w zupełnie innym kierunku. My byliśmy świetnie wyszkoleni i wiedzieliśmy, co mamy robić w danej sytuacji. Obserwując grę teraz odnoszę wrażenie, że niektórzy nie wyjeżdżają na lód odpowiednio skoncentrowani. 

Panie Maksymilianie, to była wielka przyjemność z panem rozmawiać.

Dziękuję za rozmowę. Cieszę się, że ktoś o nas pamięta, do zobaczenia! 



Maksymilian Lebek, ur. 29 VIII 1943, Katowice; zawodnik i trener; lewy obrońca – 185 cm, 85 kg; kluby Górnik i GKS Katowice (1959-63, 1965-76), Polonia Bydgoszcz (1963-65); 6-krotny reprezentant Polski (1968), bez zdobyczy bramkowych, debiut w meczu z Finlandią (24 IX 1968, Helsinki), 4 występy w meczach pierwszej reprezentacji z drużynami „B” i młodzieżowymi; 2-krotny wicemistrz kraju (1967, 1969), 4-krotny brązowy medalista MP (1964-66, 1975), zdobywca Pucharu Polski (1970); zawodnik o bardzo dobrych warunkach fizycznych, twardo i zdecydowanie grający, posiadający silny strzał z tzw. klepki, organizator akcji zaczepnych, klubowe pary obrońców tworzył wraz z H. Sitko, H, Regułą i P. Szlapą, wychowanek W Bali i Z. Masełko; wieloletni trener zespołów młodzieżowych, wychowaca m.in. A. Małysiaka, W. Pułki, L. i M. Trybusiów, Cz. Niedźwiedzia i J. Płachty, pierwszy trener w GKS Katowice, asystent J. Mależa, podczas ME juniorów (1992), przez 2 sezony trenował w klubie niemieckim koło Baden-Baden (1992-94); Mistrz Sportu (1976), odznaczony Medalem za Zasługi dla PZHL (1990) i Złotą Odznaką PZHL (1984); absolwent Technikum Górniczego (1975), wieloletni pracownik Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice” (do 1991), mieszka w Katowicach; jego młodszy brat Henryk Lebek także był hokeistą i grał w GKS Katowice oraz GKS Tychy.

Klub współfinansowany z budżetu miasta Katowice
Partner Złoty
Partner Srebrny
Przyjaciel GieKSy
Partnerzy