Dawne Gwiazdy GieKSy: Hubert Sitko

13.07.2021 17:42

Autor: Michał Kajzerek

Czterokrotnie zdobywał z GKS-em Katowice mistrzostwo Polski, a jego talent oraz umiejętności uczyniły go wzorem do naśladowania. Poznajcie bliżej legendę hokejowej GieKSy - Huberta Sitko.

Panie Hubercie, jak zdrowie?

Po osiemdziesiątce jest ono już trochę nadwyrężone. Mówiąc szczerze, to cieszę się, że jeszcze chodzę, bo moi rówieśnicy, czy nawet młodsi, mają już problemy z kolanami czy biodrami. Ja jeszcze walczę. Byłem już u ortopedy i staram się na bieżąco dbać o stan zdrowia, by być jak najdłużej aktywnym. Mnie na szczęście kontuzje omijały, bo podczas całej mojej kariery tylko raz dostałem krążkiem w oko. Trafiłem wtedy do szpitala w Bytomiu, gdzie spędziłem miesiąc. Poza tym nic, żadnych złamań nigdy nie miałem.

Urodził się pan w Katowicach?

W zasadzie w „niemieckich” Katowicach w 1939 roku na ul. Dębowej. Potem mieszkaliśmy na starej Koszutce, gdzie były postawione górnicze domki. Tam powoli zaczynałem trenować, ale na początku była to piłka nożna. Miałem wtedy o trzy lata starszego kolegę, który nazywał się Alfred Milota i był zawodnikiem piłkarskiego Startu Katowice. Pewnego dnia spytał mnie, czy nie chcę iść zagrać w hokeja, miałem wtedy 13 lat. Ja już wtedy jeździłem na łyżwach, które nazywaliśmy “holenderkami”. Zjeżdżałem na nich z pagórków, więc Alfred wiedział, że potrafię się na nich utrzymać. Poszliśmy więc na trening hokejowego Startu Katowice i trafiliśmy do trenera Alberta Mauera. Był fantastycznym trenerem młodzieżowym. Pokazywał nam technikę jazdy, rozkładając ją na detale. Pamiętam, jak wypełnił piłkę tenisową woskiem, żeby nie podskakiwała i na bieżni uczyliśmy się prowadzenia jej kijem. Do dziś pamiętam jak krzyczał: 
- Sitko! Pochyl się! Cały czas masz czuć piłkę na kiju! 
Każdy z nas umiał hamować w lewo, w prawo. Jak ktoś nie potrafił, to nie było mowy, że będzie grał w hokeja. Utrzymywał niezwykłą dyscyplinę pracy.

Kogo pan z tego okresu pamięta?

Z naszej grupy juniorów wyszło aż sześciu reprezentantów Polski m.in. ja, bracia Fonfara czy Marian Kretek. Start Katowice, jak wszedł do najwyższej ligi, to zaraz w pierwszym sezonie zajął czwarte miejsce, co było ogromną niespodzianką. My w juniorach gromiliśmy wszystkich, ale nie graliśmy jako Start, tylko jako województwo. Naprzeciwko nas zespoły z Łodzi, Torunia czy Złotowy (woj. wielkopolskie przyp. red.). Jak zdobywaliśmy mistrzostwo, to mieliśmy bilans bramek 52-2 na naszą korzyść.

Co się stało ze Startem?

Rozpadł się. Ja wraz z kilkoma kolegami odrabialiśmy w kopalni „Katowice” wojsko. Zwerbował nas kierownik GKS-u i spędziliśmy 24 miesiące z zespołem zarządzanym wtedy przez kopalnię. Ze mną byli Jan Konieczny oraz bracia Fonfara. Układ był taki, że codziennie trenowałem na lodzie z GKS-em, ale nie mogłem grać meczów mistrzowskich i te rozgrywałem jeszcze w Starcie. Oba zespoły grały wtedy w najwyższej lidze. Tak było przez jeden sezon, potem przeniosłem się na dobre do GKS-u i tam grałem do ostatniego mistrzostwa Polski.

A w którym momencie wyklarowało się, że będzie pan grał jako obrońca?

Ja grałem tam, gdzie trener uważał, że jestem potrzebny. Głównie jednak byłem defensorem, ale np. z juniorami reprezentacji Polski, gdy graliśmy na Torkacie z Chińczykami, to byłem na środku ataku. A potem za kanadyjskiego trenera Gary’ego Hughesa byłem w seniorach… bramkarzem. Była wówczas taka reguła, że gdy podstawowy bramkarz dostaje karę meczu to nie może go zastąpić drugi bramkarz, lecz zawodnik z pola. Przed niektórymi treningami podchodził do mnie trener Hughes i mówił, że przebieram się wyłącznie do treningu bramkarskiego. Teraz oczywiście takiego przepisu już nie ma.

Ze sprzętem nie było wtedy łatwo…

Cieszyliśmy się, jak się udało kupić sprzęt w Czechosłowacji. Kiedyś na lotnisku w Katowicach rozbił się samolot. To z aluminiowej blachy, jaka po nim została, robiliśmy ochraniacze! To się jednak cały czas krzywiło, bo jak ktoś dobrze strzelił, to materiał nie wytrzymywał. Pierwszy dobry sprzęt miałem dopiero po naszym tournee w Kanadzie z reprezentacją. Dostaliśmy wtedy ochraniacze, rękawice i łyżwy. Pierwszy raz wtedy jeździłem na profesjonalnych łyżwach. Huta Baildon starała się jak mogła, ale nie mogła dorównać takiemu sprzętowi. Wystarczył strzał w ostrze i od razu było wykrzywione. Nasze stare klamoty wyrzuciliśmy i nowy sprzęt przywieźliśmy do Polski.

Wspomniał pan o Torkacie. Wyjątkowe miejsce także dla pana?

Kiedy trenowałem w Starcie Katowice, to Torkat był jedynym sztucznym lodowiskiem w Polsce. Z domku na Koszutce miałem na Torkat dwa kilometry. Jednak w trakcie okresu przygotowawczego do nowego sezonu to zjeżdżały się tu drużyny z całego kraju m.in. Legia Warszawa. Nasze treningi odbywały się o 22:00 lub 23:00. Nie było mowy, by w szatni zostawić sprzęt, więc codziennie biegałem z workiem przez park wracając do domu po północy. Pamiętam jednak, że doping na Torkacie zawsze był niesamowity. Widownia była mocno zbita, więc jak wszyscy ryknęli to był ogromny hałas. Jeden mecz został mi w pamięci szczególnie. To było starcie GKS Katowice - Legia Warszawa. Ludzie siedzieli na dachu Torkatu, na który wchodzili drabinami, bo nie mogli przegapić widowiska. Przed halą sprawdzali mnie, czy mam bilet. Facet nie znał wszystkich hokeistów, więc tłumaczę mu, że ja tu mecz gram. Musiał przyjść ktoś z drużyny, żeby potwierdzić, że naprawdę jestem hokeistą.

Niestety ta historia Torkatu w pewnym momencie została okrutnie przerwana…

Pamiętam, że byłem wtedy w domu i jeden z sąsiadów mówi do mnie: “Zobacz, jaki wysoki ogień widać w oddali”. Zadzwoniłem od razu do Andrzeja Fonfary, ale on już wiedział. Szybko tam polecieliśmy, ale nie było mowy, by wejść do środka. Jak ktoś się pospieszył to jeszcze mógł wynieść jakiś sprzęt, ale tak to nie było szans. Spłonęły trybuny, ale maszynowni się nic nie stało, więc lód był utrzymany. Trochę potem trybuny odbudowano.

Cztery mistrzostwa z GKS-em Katowice. Klub najbliższy pana sercu?

Kiedy trafiłem do GKS-u, to zostałem dobrze przyjęty przez starszych zawodników. Nie było żadnych problemów. Na obronie grał wtedy Janusz Zawadzki. Miałem naprawdę świetnych partnerów i większość z nich grała dla reprezentacji Polski. Bardzo dobrze grało mi się z Trójcą, szybki i dynamiczny zawodnik. Potem grałem ze Skórskim i z braćmi Wróbel czy z Alfredem Gansińcem. Kierownikiem drużyny był wtedy Zdzisław Grajkowski, bardzo rzutki człowiek. To on nas zwerbował do GKS-u. Wszyscy na niego wołaliśmy “Grajek”. Szkoda, że musiałem odejść, ale była to wina trenera Walentina Bystrowa. Zdobyliśmy ostatnie mistrzostwo (w 1970 roku przyp. red.) w Nowym Targu, gdzie wygraliśmy finałowy mecz 1:0 i to było na tyle. Andrzej Tkacz był bohaterem tamtego meczu, ale też z Bystrowem nie wytrzymywał. Trener się pogubił, zawodnicy sami zmiany robili. Ja pamiętam, że prawie cały mecz wtedy grałem.

Duża część pańskiego hokejowego życiorysu to także reprezentacja Polski. Co pan wspomina z tego rozdziału najlepiej?

Na pierwszych mistrzostwach świata byłem w Szwajcarii. To był rok 1961, ale już w 1959 roku byłem w rozszerzonym składzie reprezentacji. Wtedy jednak nie udało mi się pojechać do Pragi na Mistrzostwa, pojechał wtedy Andrzej Fonfara. Najlepsze przeżycie to na pewno Igrzyska Olimpijskie w Innsbrucku z 1964 roku. Już w 1961 roku miałem okazję zobaczyć trochę “Zachodu” w Genewie i Lozannie, ale w Innsbrucku zastałem inny świat. Spotkaliśmy się z kulturami całego globu. Wszyscy byli ładnie ubrani w olimpijskie mundury - widywaliśmy się razem na mieście. Otwarcie Igrzysk pod skocznią było niesamowitym przeżyciem. My przegraliśmy wtedy mecz o awans do wyższej grupy z Niemcami 1:2, ale grupę B już wygraliśmy. Przez barierę językową wszelkie interakcje z innymi hokeistami były utrudnione, ale oglądaliśmy w akcji najlepszych.

W jakim miejscu był wówczas polski hokej?

Między szóstym a ósmym miejscem na świecie. Byliśmy wówczas na poziomie Finlandii, regularnie pokonywaliśmy Norwegów. W przypadku Finlandii cuda zdziałał kanadyjski trener, który zaprosił wielu graczy do swojej rodzimej ligi i w ten sposób podwyższył poziom tamtejszego hokeja. My natomiast wiele nauczyliśmy się od trenera Hughesa, zwłaszcza w kwestiach taktycznych. Dzięki niemu wiedzieliśmy, jak mamy się ustawiać, gdy graliśmy 3 na 5 lub 4 na 5. Graliśmy w kwadratach lub w trójkątach.  

Z tego co wiem, pan dobrze rozumiał taktykę i przekładał ją na taflę?

Każda piątka musi mieć swój mózg, swojego rozgrywającego, który jest dobry technicznie i wie, w którym miejscu w danym momencie akcji powinien być krążek. Może wtedy tego jeszcze nie rozumiałem, ale do mnie zespół miał zaufanie. Wiedzieli, że jak mam krążek, to potrafię z nim coś zrobić. Czasami ogrywałem dwóch, trzech rywali i słyszałem śmiech z trybun. W jednym meczu graliśmy przeciwko Baildonowi Katowice, w którego składzie występował wtedy m.in. Henryk Reguła. Oni zawsze zapowiadali, że zrobią mistrzostwo… a nigdy nie zrobili. 

Przed meczem Jerzy Ogórczyk mówił, że oni w naszą obronę to tyłem będą wjeżdżać. Pierwszy mecz przegrali 2:5, a była w nim taka sytuacja, że zobaczyłem bezpański krążek pod bandą. Ruszyłem w jego kierunku, a widziałem, że to samo zrobił Reguła. On był dobrze zbudowany, więc myślał, że mnie na tej bandzie zmiażdży. Ja w ostatnim momencie się obróciłem, by go uniknąć, a on runął prosto w bandę. Wybuchł na Torkacie potężny śmiech. Koniec końców dobrze, że sobie nic nie zrobił.

Kordian Jajszczok nazwał pana swoim idolem. Czuje pan, że swoją grą wychował pokolenie hokeistów?

Wydaję mi się, że każdy obrońca, który ze mną grał, to na tym skorzystał. Kordian zawsze o wszystko się mnie pytał, a ja bardzo chętnie mu pomagałem. Gdy grałem w Bytomiu już pod koniec kariery, to także miałem obok siebie hokeistę, który potem grał w reprezentacji Polski i także pomagałem mu rozwijać swoje umiejętności. Ja też się miałem na kim wzorować, gdy np. grałem przeciwko rosyjskim hokeistom, którzy na lodzie podpowiadali, by nie patrzeć na to, co rywal robi z kijem, lecz by patrzeć  prosto w jego oczy. Teraz już tego przekazywania z pokolenie na pokolenie nie ma, przynajmniej nie w takim stopniu jak kiedyś. Obecnie Polscy zawodnicy mają za mało tego, co w hokeju najważniejsze, czyli dynamiki oraz techniki.

Wołali na pana “Ważny”. Jaka jest tego historia?

To jako pierwszy powiedział Michał Zygadło, były bramkarz Baildonu, rodowity warszawiak. Mówił do mnie “Zenek Ważny”. Mówiąc szczerze, to nie wiem dlaczego [śmiech]. Nie mówili tak na mnie wszyscy. Niektórzy wołali do mnie “Wapniak”. Wynikało to z tego, że ja nigdy nie miałem poważnego urazu i zawsze drażniłem się z kolegami, którzy akurat leczyli jakąś kontuzję.

Jak potoczyła się pana kariera po GKS-ie Katowice?

[Walentin] Bystrow przyjechał do nas pod koniec sezonu i widział parę spotkań. Okazało się, że on wcale dobrym trenerem nie był, miał za sobą przeciętną karierę zawodniczą i trochę jeszcze sędziował. Zanim przejął obowiązki pierwszego trenera, to nas obserwował. W pierwszy dzień przygotowań do nowego sezonu powiedział nam, kto jest na jakiej pozycji w drużynie. Za każdy element dawał punkty - za jazdę, za technikę itd. Na ośmiu obrońców ja wypadłem najgorzej. 

Sezon wcześniej grałem wszystkie mecze. Przede mną znalazł się gość, który nie zagrał ani jednego. Roman Borys był wtedy kierownikiem zespołu i jego poinformowałem, że ja w GKS-ie nie zostanę, skoro jest tylu przede mną. Ostatecznie mnie jednak nie puścili. Powiedziałem, że gram ostatni sezon. Wtedy zdobyliśmy też ostatnie mistrzostwo. Przyszedłem na kolejny obóz, ale tylko żeby się roztrenować, bo nagłe przerwanie treningu jest to niezdrowe dla serca, więc chciałem pomału schodzić z obciążeń. Bystrow chciał, żebym biegał, jak reszta drużyny, a ja mu jasno powiedziałem: nie gram już w hokeja dla GKS-u Katowice… i to wszystko przez Bystrowa.

Co było dalej?

Marian Pawełczyk, słynny polski hokeista, chciał żebym przyjechał do Niemiec i grał z nim. Jednak wtedy zaproszenie z Niemiec było za groźne. Marian ożenił się z Holenderką i jego teściowie wysłali mi zaproszenie do Holandii. Trenowałem wtedy w Niemczech, ale bałem się, że w Polsce mi już więcej paszportu nie dadzą, gdy się dowiedzą. Mogłem więc grać w Holandii, bo tam miałem zaproszenie i od razu zrobiliśmy mistrzostwo kraju. Co ciekawe, nie zostało ono uznane, bo w drużynie było tylko dwóch Holendrów. Reszta to byli Kanadyjczycy, Amerykanie, trzech Czechów i ja. Miałem wrócić na drugi sezon, bo chciał mnie prezes klubu, ale nie dostałem paszportu. Wróciłem do Polski i przyjechał do mnie trener z Polonii Bytom. Ja, stary rutyniarz, dołączyłem do młodego zespołu. Dostałem umowę na kopalni i byłem zatrudniony jako “pracownik o specjalnych kwalifikacjach”. Powiedziałem, że chcę 5 tys. miesięcznie i zdziwili się, że nie domagam się żadnej sumy za podpis. Umowę jednak załatwili. Spędziłem tam dwa lata, a potem zostałem sędzią. Zwerbował mnie dobrze wówczas znany Andrzej Kapołka, stałem na linii.

W którym momencie wyjechał pan do Niemiec?

Miałem problemy rodzinne, rozwiodłem się. Początkowo w Niemczech także zajmowałem się sędziowaniem. Dostałem propozycję, by być głównym arbitrem, ale przez rozwód byłem bardzo mocno zdenerwowany. Moje myśli były daleko poza lodowiskiem, na którym aktualnie sędziowałem, więc odmówiłem. W końcu zdecydowałem się zmienić obywatelstwo i od 1980 roku jestem zameldowany w Niemczech. Teraz jednak przebywam w Polsce na stałe i mieszkam u córki. Ostatni raz w Niemczech byłem trzy lata temu, gdy leczyłem raka prostaty. Muszę pozostać tam zameldowany, by nie stracić na emeryturze. Pracowałem w Niemczech osiemnaście lat i za to dostaję niemiecką emeryturę.

Co pan robił w Niemczech po tym, gdy skończył pan sędziować?

Dzięki Marianowi Pawełczykowi dostałem pracę w tamtejszym sanepidzie. Wcześniej m.in. nitowałem łyżwy w firmie sportowej, ale potem w szpitalu zwolniło się miejsce. Tam była cudowna praca w laboratorium. Nie zarabiałem dużo, ale to było zrozumiałe, bo nie miałem w tym kierunku żadnego wykształcenia. Do takiej pracy trzeba było mieć wykształcenie - albo aptekarz albo laborant. Chodziło jednak głównie o to, by znać przepisy i by być dokładnym. Robiliśmy pożywki do hodowli bakterii. Naprawdę fajna robota, ciekawa. W 2000 roku poszedłem na emeryturę i od tego czasu przebywam w Polsce. Bywałem w ostatnich latach na meczach GieKSy i mam nadzieję, że uda się zawitać do “Satelity” ponownie.

Klub współfinansowany z budżetu miasta Katowice
Partner Złoty
Partner Srebrny
Partner motoryzacyjny
Partner techniczny
Partnerzy