Dawne Gwiazdy GieKSy: Sylwester Wilczek

16.04.2020 18:43

Rozpoczynamy zupełnie nowy cykl rozmów z legendami polskiego hokeja, które w trakcie swojej kariery reprezentowały GKS Katowice. Naszym pierwszym rozmówcą jest Sylwester Wilczek, niegdyś znakomity napastnik, a teraz członek Galerii Sław GieKSy.

Hokej był dyscypliną, którą chciał pan uprawiać od dziecka? 

Mówiąc szczerze, to ciągnęło mnie do hokeja i do piłki nożnej, bo w piłkę też dużo grałem. O ile dobrze pamiętam, występowałem na poziomie A-klasy. Ostatecznie jednak wybrałem hokej. Mieliśmy grupę sześciu, siedmiu osób i wspólnie graliśmy na taflach stawów, na tzw. plantach. To były nasze pierwsze kroki w tym sporcie. Musieliśmy sobie kupić kije i łyżwy, ale bardzo mile to wspominam, bo dla wielu z nas to właśnie tam narodziła się miłość do hokeja. 

I w pewnym momencie spotkaliście już jako zawodnicy zrzeszeni w klubie?

Tak, potem spotkaliśmy się w Gwardii Katowice. Z tej naszej paczki, którą graliśmy na dzikich stawach, nie wszyscy się zdecydowali. Razem ze mną grali Marian Pawełczyk czy Henryk Reguła i tworzyliśmy trzon drużyny. W Gwardii dwa razy zdobywaliśmy mistrzostwo Polski juniorów. Potem, gdy my przekroczyliśmy limit wiekowy, Gwardia odniosła trzecie zwycięstwo. Jeśli się nie mylę, to w 1959 roku przenieśliśmy się do Górnika Katowice, ale o daty proszę mnie nie pytać, bo do nich nigdy nie miałem pamięci (śmiech). 

Przenosiny do Górnika, czyli początek wielkich sukcesów? 

Ja z moim kolegą Pawełczykiem graliśmy w ataku, z tyłu zabezpieczał nas Heniek Reguła. Jeszcze był Gerard Burek, który dołączył do naszej formacji ofensywnej. Już w Gwardii mieliśmy bardzo mocną drużynę. Ona potem przeniosła się do Górnika Katowice, który wtedy znacznie odmłodził skład, bo my młodzi od razu trafiliśmy do seniorów. W tym klubie, potem przemianowanym na GKS, grałem do zakończenia swojej kariery. 

Jak wówczas wyglądał profesjonalny hokej? 

Nie było takich lodowisk jak obecnie. My mieliśmy szczęście, bo otworzyli Torkat, na którym grali wszyscy. Przyjeżdżały nawet drużyny z innych miast, by na nim potrenować. Dołączając do Gwardii poczułem, że zaczynam grać zawodowo, bo wcześniej o cały sprzęt musieliśmy zadbać sami, a w Katowicach dostaliśmy konkretną pomoc z załatwianiem kijów i łyżew. Mieszkaliśmy z kolegami w Janowie, więc na treningi dojeżdżaliśmy autobusami. Wcale nie zaczynały się o godzinie 16 czy 17, a często o 21 lub 22, bo lodowisko było przeładowane. Możemy tylko pozazdrościć obecnym hokeistom, którzy mają gdzie trenować i dysponują wysokiej jakości sprzętem. 

Wtedy wyjaśniło się, że nie ma innego wyjścia - hokej będzie pana towarzyszył na dobre. 

Nie chwaląc się, miałem też grać w piłkę nożną, bo radziłem sobie naprawdę dobrze. To jednak nie było to samo, co hokej. Do niego miałem zawsze ogromną pasję, do tej szybkości, techniki. Szczególnie w pamięci utkwiło mi zdobycie pierwszego mistrzostwa Polski z Górnikiem. Weszliśmy do drużyny jako naprawdę młodzi gracze i od razu zdobyliśmy tytuł. Wiele lat wcześniej udało się to drużynie Dębu Katowice. Jednak, gdy my zaczęliśmy serię, to zatrzymało się na sześciu mistrzostwach z Górnikiem i następnie GKS-em. To było fantastyczne przeżycie. 

Z kim się panu grało najlepiej? 

Oj, wielu było wspaniałych graczy, z którymi wspólnie walczyliśmy. Bardzo dobrze współpracowałem w ataku z Gerardem Burkiem. Do tego jeszcze Marian Pawełczyk, tworzyliśmy mocne trio. Zresztą udowodniliśmy to zdobywając pierwsze mistrzostwo dla Górnika Katowice. 

Najtrudniejszy moment? 

Najgorszy moment w przygodzie z hokejem to spalenie Torkatu. Bardzo mnie to dotknęło. Wkrótce mieliśmy się przenosić do nowej hali [wówczas pan Sylwester Wilczek był już trenerem grup młodzieżowych GKS-u - przyp. red.], ale nie była jeszcze gotowa, więc gdy Torkat się spalił, musieliśmy jeździć do Janowa czy Sosnowca, żeby trenować. Nie wiem, co się wtedy zdarzyło: czy to była usterka, czy ktoś specjalnie podpalił. To było w swoim czasie jedyne sztuczne lodowisko w Polsce, wszyscy chcieli na nim grać, dopiero potem jako drugi halę postawił ŁKS. Torkat był dobrze znany także za granicą Polski, bo przyjeżdżały na niego delegacje z różnych krajów, m.in. na mecze barbórkowe. Pamiętam, że któregoś roku przyjechało trzech Kanadyjczyków, którzy dawali nam lekcje gry, a przecież byli światową potęgą. Bardzo mnie boli to, że nie udało się zachować Torkatu lub w jakiś sposób upamiętnić. 

Zapewne pękał w szwach… 

Jak my graliśmy mecze, to na godzinę przed ich rozpoczęciem na trybunach nie było wolnego miejsca. Gra przy takim dopingu była niesamowita. Praktycznie każdy mecz graliśmy z pełnymi trybunami oraz głośnym śpiewem, co tworzyło fantastyczną atmosferę. Poza tym prezentowaliśmy wysoki poziom, bo cały czas walczyliśmy w czołówce z CWKS-em Warszawa, potem doszło Podhale Nowy Targ, które stworzyło bardzo dobrą drużynę, opierając się na swojej młodzieży, tak jak my kilka lat wcześniej. W międzyczasie w lidze pojawił się także Baildon Katowice. 

Rywalizacja w lidze musiała być bardzo mocna?

Tak, była szalenie mocna. Wtedy nie grało się tyle spotkań, co obecnie. Rozgrywało się mecz i rewanż, bo przy odkrytym Torkacie to różna aura mogła drużyny spotkać. Bardzo ciężko się rywalizowało na otwartym lodowisku, gdy czułeś ten mróz. Ale kibice mimo to przychodzili, im zimno nie było. 

Pasja do hokeja zaprowadziła pana do reprezentacji Polski.

Tak, jeśli się nie mylę, to sześciokrotnie reprezentowałem Polskę na Mistrzostwach Świata. Udało mi się także pojechać na Igrzyska Olimpijskie, co było znakomitym doświadczeniem, bo graliśmy wtedy z naprawdę mocnymi rywalami jak Związek Radziecki, USA czy Kanada. Szczególnie wspominam właśnie mecze przeciwko tym mocarzom. Potem nawet wyjechaliśmy do Kanady na zaproszenie tamtejszej Polonii. Graliśmy na pięknych lodowiskach przy wypełnionych trybunach. Wiele było meczów w grupie A ze światową czołówką, Finami, Szwedami. Potem spadliśmy do grupy B, ale udało się wrócić. Niektóre mecze wysoko przegrywaliśmy, ale zawsze dawaliśmy z siebie wszystko. 

Jak duże są różnice pomiędzy hokejem pana czasów, a obecnym? 

Teraz gra jest zdecydowanie twardsza. Za moich czasów przepisy pozwalały na walkę, grało się ostro, ale tylko w tercji obronnej. Moim zdaniem obecnie czasami oglądamy chamskie widowiska, które nie powinny mieć miejsca. Jednak główną różnicę widać w sprzęcie. Kiedyś kupowaliśmy go sami i trzymaliśmy w domach, nie było na to szatni. Czasami jeździło się do domu brudnym, spoconym i z całym sprzętem. Nie było jednak rzeczy, której nie zrobilibyśmy dla hokeja. Czasami rodzice nie mieli wyjścia i choć sprzęt był drogi, to musieli kupić (śmiech). Przeważnie kupowało się go w Czechosłowacji, gdzie była specjalna fabryka sprzętu sportowego. 

Synowie, Janusz i Tomasz, próbowali iść w pana ślady?

Tak, próbowali swoich sił i grali nawet w juniorach, zwłaszcza Tomasz, który z młodzieżową reprezentacją Polski dwa razy pojechał na Mistrzostwa Świata [obaj próbowali swoich sił za granicą - przyp. red.]

Co pan robił po zakończeniu kariery? 

Zająłem się szkoleniem młodzieży w GKS-ie Katowice. Pracowałem jeszcze na Torkacie i tam miałem treningi m.in. z juniorami. Poza pracą w GKS-ie prowadziłem także reprezentację Polski do lat 20. Też rywalizowaliśmy wtedy w grupie A Mistrzostw Świata. Mieliśmy naprawdę zdolną młodzież. Ostatnio natomiast przebywam w domu, około trzech lat temu chodziłem regularnie na mecze Polskiej Hokej Ligi, ale teraz są rozgrywane o zbyt późnej dla mnie porze. 



Sylwester Wilczek, ur. 10 XII 1936, Janów; zawodnik i trener; napastnik (środkowy) – 172 cm, 75 kg; kluby: Gwardia Katowice (1951-56), GKS Katowice (1956-70); olimpijczyk (1964), uczestnik 6 turniejów o MŚ (1958-59, 1963-66), w tym 2 turniejów w grupie „A”, w IO i MŚ – 52 mecze i 7 goli; 94-krotny reprezentant kraju w latach 1958-66, zdobywca 17 goli, debiut w meczu ze Szwecją (8 XI 1956, Haga), 22 występy i 2 gole w meczach pierwszej reprezentacji z drużynami „B” i młodzieżowymi; 6-krotny mistrz Polski (1958, 60, 62, 65, 68, 70), 5-krotny wicemistrz kraju (1957, 59, 61, 67, 69), 3 miejsce w klasyfikacji najlepszy strzelców ligowych (1963); zawodnik o bardzo dobrym wyszkoleniu technicznym, posiadający dobry strzał, konstruktor akcji, świetny taktyk, w reprezentacyjnym ataku grał m.in.. z J. Kurkiem i J. Ogórczykiem, a później z braćmi Andrzejem i Karolem Fonfarami; trener GKS Katowice (1972 asystent K. Małysiaka, 1974-76 asystent F. Voriska, 1983-84 I trener, 1985 asystent Cz. Borowicza) i Naprzodu Janów (1987-88), trener reprezentacji Polski juniorów na ME (1980 z Z. Hajdugą); zasłużony Mistrz Sportu odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Medalem za Zasługi dla PZHL (1986); absolwent średniej szkoły górniczej. Jego dwaj synowie również związani z hokejem – Janusz oraz Tomasz.

Klub współfinansowany z budżetu miasta Katowice
Partner Złoty
Partner Srebrny
Przyjaciel GieKSy
Partnerzy